July 24, 2008
Fotografia bardzo praktycznie

Foto by Krzysztof Mochocki
Istnienie różnych trybów pracy autofocusa nie jest zapewne dla nikogo tajemnicą. Wyróżniamy zatem trzy podstawowe:
Dodatkowo w różnych systemach występują kombinacje łączące działanie tych trybów i na tym właśnie postanowiłem się dzisiaj skupić.
Pierwszym ważnym dodatkiem jaki otrzymujemy jest przycisk AFL (autofocus lock). Pozwala on na zablokowanie autofocusa w pozycji przez nas porządanej. Kolejnymi ważnymi są kombinacje takie jak S-AF+MF lub C-AF+MF. Brzmią i wyglądają skomplikowanie, ale stworzone są po to, aby ich używać i warto się zapoznać z ich działaniem, bo mogą ułatwić życie. Pozwalają na użycie systemu AF, ale pozostawiają też aktywny pierścień ręcznego ostrzenia.
Dzisiejszym poligonem działań z autofocusem był staw z kaczkami w Parku Sołackim. Aby uzyskać ujęcie takie jak obok, czyli bezpośrednio niemalże z powierzchni wody są co najmniej dwie drogi: możemy ostrzyć z użyciem AF i potem przełączać na MF (ergonomicznie np. w moim Olympusie 410 kiepskie wyjście), żeby móc potem aparat obniżyć do poziomu wody lub użyć bardzo ciekawej kombinacji (uwaga, informacje ciężkie i związane stricte z systemem Olympusa)…
Po pierwsze włączamy aparat na MF (na manualu po połowicznym przyciśnięciu spustu migawki nie uruchamia się AF), a następnie zaprogramować tak przycisk AEL/AFL, aby uruchamiał on działanie AF. Po co to wszystko? Ano po to, by móc najpierw “z oka” wycelować i wyostrzyć na kaczkę, a następnie spokojnie opuścić aparat jak najniżej i swobodnie zrobić fotę bez obawy utraty ostrości. Można to oczywiście załatwić jeszcze przyciskiem AFL, ale wtedy w trakcie działania musimy wciskać (dla Poznaniaków: dusić) jakąś rzecz na aparacie.
Tyle technicznych spraw na dzisiaj, pora przejść na luźniejsze tematy. Na spacerze w stronę Jeziora Rusałka byłem z Łosiem. Łoś znajduje się na zdjęciu po prawej stronie. Przyjechał on do mnie ze Szwecji przez Warszawę, gdzie odebrałem go lecąc z Hong Kongu przez Paryż.
Miałem dziś również niesłychaną okazję przejść przez pół Poznania piechotą. Że było warto i że wszędzie jest pięknie przekonałem się już czytając ogłoszenie pod Żabką:
W tym wypadku może jednak dodam: nie tyle pięknie co egzotycznie (zatem wcale nie trzeba latać po całym świecie). Przejszłem zatem kawał drogi, szybko stwierdziłem też, że nie naładowałem akumulatora, ale na szczęście parę ujęć jeszcze strzeliłem:
A kto jeszcze czasem nie dostrzega piękna otaczającego nas świata to polecam na wieczór (jak i poranek) rzucić okiem na TO.
Przychodzi taki czas w życiu każdego człowieka, że gdy właśnie rozpoczyna się cudowny dzień to przychodzi gościu z elektrowni i odcina prąd (tutaj dosłownie: zabiera licznik). Bez prądu oczywiście żyć można, ale po zapłaceniu zaległych rachunków jest już ciężko (i wtedy odczuwa się ciężkość - dość często zauważane zjawisko w niektórych środowiskach).
Aby tak o niczym nie było to zapraszam do zerkania na kolejne chińskie zdjęcia, których miniaturki pojawiają się obok…
Należałoby skończyć tematy wakacyjne i wziąć się do roboty.
Po pierwsze parę słów o filtrze polaryzacyjnym (kiedyś troszkę o tym pisałem już). Nie owijając w bawełnę jego działanie polega na polaryzowaniu promieni świetlnych, czyli likwidacji odblasków, refleksów i różnych nieuporządkowanych fal świetlnych. Istnieją dwa rodzaje filtrów polaryzacyjnych: kołowy i liniowy. Z pewnych względów używa się obecnie prawie tylko kołowych.
Filtr taki jest zbudowany z dwóch obracających się względem siebie płytek szklanych (po wkręceniu na obiektyw obracamy tylko zewnętrznym pierścieniem filtra). W zależności od ułożenia ich względem siebie i naszej pozycji do źródła światła zmienia się stopień polaryzacji światła wpadającego w obiektyw. I to zjawisko ma właśnie kluczowe znaczenie dla niektórych obiektywów kitowych (Canon, Nikon i Sony). Podczas ostrzenia obiektywy te poruszają frontową soczewką obiektywu co utrudnia pracę z takim filtrem. Problemu takiego nie mają Olympus i Pentax - ten ostatni nawet pomyślał o tulipanie z otworem na uchwyt do filtra w swoim kitowym obiektywie. Nie krzyczę, że konstrukcja wymienionych trzech szkieł uniemożliwia pracę z filtrem polaryzacyjnym, ale na pewno jej nie ułatwia.
Oprócz efektów takich jak likwidacji refleksów i odbłysków co wiąże się z wysyceniem kolorów, brakiem odbicia świateł na powierzchni wody, przejrzystością witryn sklepowych filtr ten też “wyłącza” monitory LCD czy tablicę świetlną na nowym terminalu Okęcia:

Ogrom przykładów działania filtra polaryzacyjnego można znaleźć w necie albo najlepiej samemu sie przekonać. Podsumowując jest to świetne akcesorium dla pejzażystów, i fotografów przyrody. Przydaje się przy fotografowaniu witryn sklepowych i pewnie jeszcze garści innych zastosowań.
Ważna rzecz, o której powinniśmy pamiętać: filtr ten zatrzymuje część światła do nas docierającego. Jest to coś pomiędzy 1 a 1,5EV. W praktyce oznacza to, że zamiast 1/200 będziey mieli 1/80s. W kiepskim oświetleniu nie ułatwia zatem pracy.
Jeszcze jedna rzecz: najlepiej sprawuje się, gdy Słońce pada pod kątem 90° względem fotografowanej sceny. Gdy jest na wprost przed lub za nami wiele nie pomoże. Ponownie będzie to przeszkadzało, gdy mamy obiektyw np. “pejzażowy” 24mm (w ekwiwalencie) nie mówiąc już o wszelkich rybich oczach.
Uff, mam nadzieję, że to wyczerpało temat przynajmniej na początki przygód z polaryzowaniem.
Druga refleksja na dziś tyczy się kitowego obiektywu Sony (Sony DT 18-70mm 1:3.5-5.6). Podczas ostatniego wyjazdu miałem okazję przetestować go nieco i pomęczyć. Efekty były gorsze niż się spodziewałem. Obiektyw ten aberruje i nie da sie tego ukryć. Widać to amatorskim okiem w amatorskich próbach wykonywanych z nudów. Zwolennicy i wielbiciele systemu niech mówią co chcą, ale ja piszę tylko i wyłącznie o empirycznych dowodach, których nawet nie musiałem nigdzie wyczytywać tylko wziąłem do ręki. Aha, porównywałem z równie plastikowym kitem Olympusa (uwielbiam dolewać oliwy do ognia).
Jednym zdaniem: chiński obiektywik Sony’ego ssie, a zainteresowanym mogę to pokazać ręcznie.
A propos Chin to spływają mi z dysku kolejne zdjęcia:
Jeśli po dwóch tygodniach słuchania chińskiego gadania jesteś świadkiem chamstwa na lotnisku to musiałeś spotkać Polaka. Tak też mi się trafiło na paryskim de Gaulle’u. Stojąc w kolejce do bramek byłem świadkiem kłótni w super połamanym angielskim. Pani o francuskich rysach twarzy krzyczała let me space! na pana o europejskim akcencie, który odburknął off with you! can not see you!. Czyż nie piękny to język? Żadne z nich nie powiedziało nic poprawnie, ale mogli się pokłócić i zrobić scenę, w której wiadomo było o co chodzi. Łudziłem się jeszcze przez chwilę, że starszy pan nie jest z mojego rodzinnego kraju, niestety po chwili zobaczyłem w jego rękach książeczkę “Rzeczpospolita Polska, Paszport”. Życie…
Tutaj chciałem zaapelować do rodaków na całym świecie: Polacy! Nie każcie mi się za Was wstydzić, gdziekolwiek się znajdę! Zaskoczmy świat kulturą!
W każdym razie z braku czasu na lotnisku w Hong Kongu
nie zapodałem jeszcze stamtąd żadnego zdjęcia. Warto zwrócić uwagę na przyjaznego policjanta (obok). Generalnie te wszystkie maleńkie ludziki są bardzo sympatyczne (z młodymi tancerkami z Hong Kongu na czele).
Hong Kong robi wrażenie jako miasto rozsiane po wzgórzach z chudymi i wysokimi blokami mieszkaniowymi (fota na lewo). Pięknie prezentuje się w nocy, widać jednak gołym okiem, że jest to 7 milionów ludzi upchanych na niewielkim kawałku ziemi w mieszkaniach wielkości pokoju w akademiku. Wszyscy zabiegani, a handel kwitnie - wody wokół miasta zapchane są niezliczonymi statkami rozmaitej wielkości. Aha, elektronika jest tania, ale nie do przesady. Przebicie dość podobne jak w Stanach. Tyle chyba skrótowej refleksji po kilkugodzinnym obcowaniu z miastem. Ważna uwaga: walutę z Hong Kongu można stosować w Macau, ale odwrotnie to już nie działa (dowiedzieliśmy się o tym w praktyce od taksówkarza). No i przypomnę jeszcze, że McDonald’s jest wszędzie!



Jeszcze tylko rundka wokół Tybetu, rzut okiem na Ural, zwiedzanie Moskwy jednym spojrzeniem, kilka zdjęć mazurskich jezior, rozm
owa z Małgorzatą Pieńkowską (nie, nie zauważyłem, że pani, która obok mnie usiadła i miło zamieniła kilka słów jest gwiazdą serialu M jak miłość - nie oglądam go), lot z Agnieszką Holland (o, tym już się można chwalić!) no i znowu Warszawa.
Dwie ostatnie impresje z wyprawy na koniec świata:
Zrzut ekranu z samolotu Air France - kto zna tą płytę ten wie o co chodzi. Ja tylko serdecznie pozdrawiam osobę, której ekran właśnie fotografowałem. Druga impresja to dwóch muzyków w taksówce pana Wong Chiu Kwan w środku Hong Kongu z bagażnikiem zapiętym na sznurek, bo walizki były za duże. Bezcenne:
Na kompie 1502 zdjęcia - będą się pojawiały regularnie w ciągu najbliższych tygodni w galerii. W końcu pozostało jeszcze mnóstwo materiału z nocnych i dziennych wypraw z NG po Macau, plaży nad Morzem Południowochińskim czy rejsu po porcie rybackim w Hong Kongu. Tyle. Pozostaje pytanie: dokąd teraz?
Stwierdzam niniejszym (podobnie jak kiedyś), że na lotnisku w Hong Kongu jest darmowy hotspot.
Niektóre rzeczy wszędzie są takie same - tak jak Coca Cola (jedyne $3,50!) sprzedawana na najbrudniejszych ulicach Macau. Podczas tej wyprawy, jak przystało na reportera NG, zrobiłem mnóstwo świetnych ujęć, których niestety nie mam kiedy przejrzeć i opublikować, dlatego też podzielę się tylko wiedzą uniwersalną:
W Macau (albo w Macao, bo już nie wiem która nazwa jest czyja) jest gorąco. Dzień w dzień człowiek się poci, i tu kolokwialnie wtrącę, jak dzika locha. Na szczęście wszędzie wszystko jest klimatyzowane, trzeba jednak uważać na szoki temperaturowe. Wszystko to sprawia, że praca europejskiego turysty (obok) wcale nie jest letka.
Warto zwrócić uwagę na dwie różnice kulturowe, które przeciętnego Polaka mogą zaskoczyć:
No i wszędzie jest dużo chińczyków i w ogóle. Dodam jeszcze, że wczoraj wpadło mi do pokoju 12 małych chinek z Hong Kongu. Rozkoszny widok do prawdy! I jak zwykle nie było aparatu pod ręką (pomimo, że wziąłem trzy), bo wszystkie się akurat zaczęły ładować a karty pamięci załadowane po brzegi (a też wziąłem trzy). No nic, będę potem historie wnukom opowiadał.
Na początek powiem tylko, że w Hong Kongu (obok) jest bardzo gorąco, ale za to wilgotność jest ogromna. Aha, i samoloty są wygodne, ale tylko tak do wysokości Moskwy. Na szczęście wszędzie na świecie mają zimne piwko. Tutaj
ukryte pod nazwą Tsingtao Beer. Jest ono dobre, bo jest dobre, duże, zimne i tanie. Dorzucę jeszcze widok Macau nocą (tak od strony
Bank of China) i będę własnowolnie opuszczał klimatyzowany pokój.
W trakcie przygotowań do podróży zaskoczyła mnie informacja o nowym Nikonie (za dpreview.com, zdjęcie obok). Robi się coraz ciekawiej i ceny profesjonalnego sprzętu są coraz bardziej przystępne. Świetnie, że ta część rynku się powiększa i rośnie konkurencja. Być może wreszcie prymat Canona zacznie się kurczyć (btw ilu Nikonowców naliczyliście podczas finału Mistrzostw Europy? Ja tylko jednego z D3) co w sumie dla konsumentów jak najlepiej. Tym bardziej, że pełnoklatkowe Canony z technicznego punktu widzenia wcale cudowne nie są (vide recenzja Marka III w czerwcowym Foto Kurierze). Ciekawe czym wreszcie Sony zaskoczy w tym segmencie.
Wracając do moich chińskich przygotowań to mam już:
No i zestaw obiektywów: dwa kity Olka, dwa manuale na M42, o których pisałem wcześniej, i gwóźdź programu - Flektogon 4/20 (Carl Zeiss Jena DDR! - zdjęcie obok). Za udostępnienie Praktici i Flektogona dziękuję Mariuszowi Mrozowi. Jazda jeszcze po klisze i wszystko gotowe.