September 2, 2008

Jeszcze raz o kliszy

Wszystkim tym, którzy zapomnieli o zdjęciach analogowych i nie wiedzą czego im brakuje w swoich cyfrowych pukawkach dedykuję kilka poniższych zdjęć. Ja jestem zauroczony tym co na nich widać:

Night-wandering in Macau VI

Macau Tower

Po resztę moich analogów możecie zajrzeć tutaj.

Komentarze (0) Kategorie:  fotografia

August 28, 2008

Canon EOS 30 - krótka recenzja

Okazję jaka mi się nasunęła kilka dni temu, wykorzystałem dość dokładnie. Szybko zrobiłem rolkę filmu, zeskanowałem, przejrzałem zdjęcia no i oczywiście empirycznie zapoznałem się z jednym z wielkich EOSów.

Yet another analog picture

Postęp jaki dokonał się od ery Starta, Zenita E czy Praktici MTL3 widoczny jest gołym okiem. Nie trzeba już zakładać ręcznie filmu i bać się, że nie załapał. Canon sam chwyta rolkę i przesuwa do odpowiedniego momentu tak, że już pierwsze zdjęcie będzie na 100% udane. W 30tce wsadzono już większość rzeczy znanych z dzisiejszych cyfrówek: trzy rodzaje pomiaru światła, operowanie kompensacją ekspozycji, autofocus.

Pierwsza refleksja jest prosta i bezczelna: słaby autofocus. Możemy narzekać i mierzyć prędkości dzisiejszych autofocusów, ale jak spróbowałem tego z EOSa 30 to doceniłem swojego Olympusa 410. Nie wiem czy to kwestia postępu technicznego ostatnich lat, ale AF w Olku jest o wiele pewniejszy i dokładniejszy. Canon szybko gubi się w słabym świetle, wydaje mi się, że dość długo też celuje. A propos: bardzo ciekawa jest funkcja eye-control. Pozwala ona sterować wyborem pól AF wzrokiem. Po jej odpowiednim skalibrowaniu można ostrzyć tam gdzie spojrzymy. Rzeczywiście to działa i naprawdę aparat ostrzy w zależności od tego, na który z 7 punktów AF spojrzymy. Czy jest to wygodne? W dzisiejszych aparatch tego nie ma i w sumie się nie dziwię. Funkcja sprawia problemy wtedy, gdy chciałem po wyostrzeniu sprawdzić parametry ekspozycji wyświetlane pod kadrem. AF automatycznie wariuje i zaczyna szukać ostrości w innych punktach. Efektem tego wyszło mi dość ciekawe zdjęcie po prawej. Być może jest to tylko kwestia przyzwyczajenia i jest to o wiele szybsze niż klikanie dżojstykami i innymi takimi w dzisiejszych lustrzankach. Dla mnie to gadżet bez którego można się obejść.

f1000003.jpgCo z obiektywem z zestawu (28-80 mm f/3,5-5,6)? Standardowy kit dał w tym przypadku standardowe efekty (zdjęcie po lewej). Jak zwykle dystorsje (w tym przypadku łatwo widoczna beczkowata) i do tego niewielka winieta. Nie zmienia to faktu, że jednak jest wiele obiektywów na rynku, które bez problemu nadrobią braki tego kitu. W końcu to pełna klatka i tutaj tania canonowska pięćdziesiątka jest rzeczywiście pięćdziesiątką, a nie 80tką. No i zawsze można kupić pierścień pośredni i dołożyć różne stare manuale.

Na to wszystko jeszcze dochodzi urok zdjęć z kliszy. Wyczekane, przemyślane, o zupełnie innej geometrii, głębi ostrości i kolorach. Niby Canon EOS 30 robi to samo co stary Zenit E, ale jednak wszystkie technologie i różnicę kilku dekad widać. Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałbym, że otrzymam takie wsparcie ze strony aparatu podczas robienia zdjęć na kliszy. Dzisiaj ciężko pomyśleć, że komuś w ogóle chce się w ten sposób pracować. A czasem dobrze po prostu wrócić do jednego z wielkich gigantów ery analogowej i strzelić rolkę filmu…

Komentarze (0) Kategorie:  fotografia

August 20, 2008

Canon EOS 30

Właśnie z miasta świętej wierzy przyszła do mnie przesyłka, a w niej Canon EOS 30 z gripem i obiektywem 28-80 f/3,5-5,6. Jeszcze kilka lekcji obsługi i włożę mu może Superię 100/24. Nie ma to jak dobry EOS…

Canon EOS 30

Komentarze (1) Kategorie:  fotografia

August 13, 2008

Mieszanie chemii

Późną, nocną porą właśnie własnoręcznie wywołałem pierwszą wielkoformatową kliszę (nie mówiąc o tym, że jest to pierwsza klisza własnoręcznie wymieszana na własnej chemii w toalecie). Wszystko zrobiłem na totalnego ninję - mając jedynie niepewny koreks i ledwo rozrobioną chemię w butelkach. Okazuje się, że nie trzeba mieć ani termometru, ani lejków żadnych, ani nie trzeba się zbyt precyzyjnie trzymać czasów.

Do procesu użyłem:

  • wywoływacz Kodak D-76 - rozrobiłem wedle instrukcji trzymając temperaturę “na palec”, a potem tym samym termometrem ostudziłem do 20°C. Instrukcja dla Fomapanu 200 podawała 5-6 minut kręcenia, więc z odpowiednią dokładnością to wykonałem;
  • przerywacz profesjonalny - kubek wody i dwa chluśnięcia octem 10% - jakieś dwie minutki;
  • utrwalacz Tetenal Superfix - proporcje dobrane precyzyjnie butelką od piwa;
  • zmiękczacz Tetenal Mirasol - parę chlupnięć i gotowe.

Tak wywołana klisza nadaje się do spożycia po odpowiednim wyschnięciu. Widać na niej obrazy i to całkiem dobrze naświetlone. Niestety przepaliłem ją przy niektórych brzegach zapewne za sprawą komórki, którą mierzyłem czas. Kilka klatek jest zupełnie dobrych, niestety na efekty trzeba będzie poczekać do chwili znalezienia odpowiedniego skanera lub wykonania odbitek (czyli znalezienia powiększalnika i wywoływacza do papieru). Zabawa godna polecenia.

Aby nie obyło się bez fotografii to ujęcie z ostatniego spaceru z czterema aparatami po Poznaniu:

Komentarze (0) Kategorie:  fotografia

August 10, 2008

Kroki ekspozycji (EV), czyli inżynierskie podejście do fotografii

Hard work

Obracanie całą torbą analogowych aparatów sprawia, że w głowie układa się tabliczka przeliczająca zastaną ekspozycję na rozmaite liczby. W tym momencie okazuje się dopiero ile matematyki jest w fotografii.

Na ten przykład mam ze sobą trzy aparaty analogowe z materiałami o czułościach 100, 200 i 400. Czy konieczny jest pomiar światła dla każdego z nich? Jak sprawdzić czy ISO 100, f 5,6 i 1/250 s to jest to samo co na ISO 400, f 2,8 i 1/4000 s?

Systematyzując takie pojęcia trzeba zdać sobie sprawę, że kluczowe jest poznanie kolejnych przysłon, czasów jak i czułości, a co się z tym wiąże - ilości zarejestrowanego światła.

Kolejne przysłony jakie się zatem używa to: 1,4; 2; 2,8; 4; 5,6; 8; 11; 16; 22; 32; 45; 64 (czyli co druga razy dwa).

Kolejne czasu to już prościej, bo mnożymy lub dzielimy przez 2, czyli np: 1/1000; 1/500; 1/250; 1/125; 1/60; 1/30; 1/15; 1/8; 1/4 itd…

No i na koniec najprostsze, czyli czułości materiału światłoczułego: 100, 200, 400, 800 etc.

W każdym wypadku przesunięcie się na sąsiednią liczbę daje dwukrotne zwiększenie (lub zmniejszenie) ilości wpadającego światła. Rachunek ten jest prosty dla przykładu, gdy mamy np. ISO 100 i chcemy zmniejszyć przysłonę z 5,6 na 8. Wystarczy wydłużyć czas o jeden krok i sprawa załatwiona.

Przykład: ISO 100, f 5,6, 1/125s = ISO 100, f 8, 1/60s (zmniejszenie ilości światła spowodowane zamknięciem przysłony jest zrekompensowane dwukrotnym wydłużeniem czasu naświetlania).

Przypomina to prosty układ równań dwóch niewiadomych. Problem jest większy, gdy jednocześnie przeskakujemy jeszcze z czułością, bo mamy dwa równania i trzy niewiadome.

Przykład skrajny: ISO 50, f 1,4, 1/1000s = ISO 1600, f 16, 1/250s.

Proponowałbym zbudować tu macierz. Jeśli do tak banalnego układu dodamy jeszcze konieczność pamiętania, by się nie pomylić i nie przesuwać w drugą stronę to już dopełni dzieła zniszczenia. Sam się ostatnio pomyliłem i przeliczyłem ISO 400, f 8 i 1/500 na ISO 200, f 5,6 i 1/250 (czyli popełniłem błąd o 1EV).

W praktyce czasem się to przydaje rzeczywiście już tylko w fotografii analogowej (która jakby co jest dość tolerancyjna na błędy w naświetlaniu). Myślę, że warto jednak znać te zależności. Z matrycami cyfrowymi jest już gorzej. Dobrze jest pamiętać (i to jedyna praktyczna porada na dziś dla amatorów fotografii cyfrowej), że matryca o wiele więcej rejestruje w cieniach niż w światłach. Jeśli zatem nie mamy pewności co do pomiaru ekspozycji wykonanej przez nasz aparat, a zależy nam na danym zdjęciu, to lepiej je czasem zrobić z kompensacją np. -1EV (lub użyć bracketingu). Z cieni coś zawsze się wyciągnie, a w miejscach prześwietlonych szybko powstają białe plamy bez jakichkolwiek zarejestrowanych szczegółów.

A dla rozluźnienia atmosfery pocztówka. Żeby było śmieszniej to nie dość, że kolega utopił trzymany w spodenkach telefon to Canon A1 z 80-200, którego ma w rękach nie załapał filmu i wcale go nie przewijał (cóż za nieoczekiwana oszczędność materiału!):

Canon - You can!

Komentarze (3) Kategorie:  fotografia

August 4, 2008

Start 66 S - polska legenda średniego formatu

Moving forward... or backward? Obcowanie z dinozaurami fotografii ma swoje mocne strony - można dostać w ręce takie cudeńka jak Start 66 S. Obiektyw 75/3,5, 6 czasów otwarcia migawki, trzy pokrętła, komin z lupką, spust migawki i kompletny brak jakiegokolwiek pomiaru światła. Czyli prawie jak Mamiya…

A Fomapan 200/120 już w drodze…

Przy okazji, jeśli ktoś z branży ma ochotę na Rubinara 1000, którego kiedyś opisywałem to zapraszam do aukcji.

Komentarze (1) Kategorie:  fotografia

July 24, 2008

Spacer z Łosiem, czyli różne tryby pracy autofocusa

Istnienie różnych trybów pracy autofocusa nie jest zapewne dla nikogo tajemnicą. Wyróżniamy zatem trzy podstawowe:

  1. Pojedynczy (single) - ostrzy raz do uzyskania potwierdzenia ostrości.
  2. Ciągły (continuous) - ostrzy do potwierdzenia ostrości, ale non stop (możemy poruszać obiektywem).
  3. Ręczny (manual) - nie ostrzy, znaczy my to robimy.

Dodatkowo w różnych systemach występują kombinacje łączące działanie tych trybów i na tym właśnie postanowiłem się dzisiaj skupić.

Pierwszym ważnym dodatkiem jaki otrzymujemy jest przycisk AFL (autofocus lock). Pozwala on na zablokowanie autofocusa w pozycji przez nas porządanej. Kolejnymi ważnymi są kombinacje takie jak S-AF+MF lub C-AF+MF. Brzmią i wyglądają skomplikowanie, ale stworzone są po to, aby ich używać i warto się zapoznać z ich działaniem, bo mogą ułatwić życie. Pozwalają na użycie systemu AF, ale pozostawiają też aktywny pierścień ręcznego ostrzenia.

Dzisiejszym poligonem działań z autofocusem był staw z kaczkami w Parku Sołackim. Aby uzyskać ujęcie takie jak obok, czyli bezpośrednio niemalże z powierzchni wody są co najmniej dwie drogi: możemy ostrzyć z użyciem AF i potem przełączać na MF (ergonomicznie np. w moim Olympusie 410 kiepskie wyjście), żeby móc potem aparat obniżyć do poziomu wody lub użyć bardzo ciekawej kombinacji (uwaga, informacje ciężkie i związane stricte z systemem Olympusa)…

Po pierwsze włączamy aparat na MF (na manualu po połowicznym przyciśnięciu spustu migawki nie uruchamia się AF), a następnie zaprogramować tak przycisk AEL/AFL, aby uruchamiał on działanie AF. Po co to wszystko? Ano po to, by móc najpierw “z oka” wycelować i wyostrzyć na kaczkę, a następnie spokojnie opuścić aparat jak najniżej i swobodnie zrobić fotę bez obawy utraty ostrości. Można to oczywiście załatwić jeszcze przyciskiem AFL, ale wtedy w trakcie działania musimy wciskać (dla Poznaniaków: dusić) jakąś rzecz na aparacie.

An elk at lake Tyle technicznych spraw na dzisiaj, pora przejść na luźniejsze tematy. Na spacerze w stronę Jeziora Rusałka byłem z Łosiem. Łoś znajduje się na zdjęciu po prawej stronie. Przyjechał on do mnie ze Szwecji przez Warszawę, gdzie odebrałem go lecąc z Hong Kongu przez Paryż.

Miałem dziś również niesłychaną okazję przejść przez pół Poznania piechotą. Że było warto i że wszędzie jest pięknie przekonałem się już czytając ogłoszenie pod Żabką:

p7240095.JPG
W tym wypadku może jednak dodam: nie tyle pięknie co egzotycznie (zatem wcale nie trzeba latać po całym świecie). Przejszłem zatem kawał drogi, szybko stwierdziłem też, że nie naładowałem akumulatora, ale na szczęście parę ujęć jeszcze strzeliłem:

A kto jeszcze czasem nie dostrzega piękna otaczającego nas świata to polecam na wieczór (jak i poranek) rzucić okiem na TO.

July 16, 2008

O polarach i pewnym kicie

Należałoby skończyć tematy wakacyjne i wziąć się do roboty.

Po pierwsze parę słów o filtrze polaryzacyjnym (kiedyś troszkę o tym pisałem już). Nie owijając w bawełnę jego działanie polega na polaryzowaniu promieni świetlnych, czyli likwidacji odblasków, refleksów i różnych nieuporządkowanych fal świetlnych. Istnieją dwa rodzaje filtrów polaryzacyjnych: kołowy i liniowy. Z pewnych względów używa się obecnie prawie tylko kołowych.

Filtr taki jest zbudowany z dwóch obracających się względem siebie płytek szklanych (po wkręceniu na obiektyw obracamy tylko zewnętrznym pierścieniem filtra). W zależności od ułożenia ich względem siebie i naszej pozycji do źródła światła zmienia się stopień polaryzacji światła wpadającego w obiektyw. I to zjawisko ma właśnie kluczowe znaczenie dla niektórych obiektywów kitowych (Canon, Nikon i Sony). Podczas ostrzenia obiektywy te poruszają frontową soczewką obiektywu co utrudnia pracę z takim filtrem. Problemu takiego nie mają Olympus i Pentax - ten ostatni nawet pomyślał o tulipanie z otworem na uchwyt do filtra w swoim kitowym obiektywie. Nie krzyczę, że konstrukcja wymienionych trzech szkieł uniemożliwia pracę z filtrem polaryzacyjnym, ale na pewno jej nie ułatwia.

Oprócz efektów takich jak likwidacji refleksów i odbłysków co wiąże się z wysyceniem kolorów, brakiem odbicia świateł na powierzchni wody, przejrzystością witryn sklepowych filtr ten też “wyłącza” monitory LCD czy tablicę świetlną na nowym terminalu Okęcia:
bez-nazwy-1.jpg

Ogrom przykładów działania filtra polaryzacyjnego można znaleźć w necie albo najlepiej samemu sie przekonać. Podsumowując jest to świetne akcesorium dla pejzażystów, i fotografów przyrody. Przydaje się przy fotografowaniu witryn sklepowych i pewnie jeszcze garści innych zastosowań.

Ważna rzecz, o której powinniśmy pamiętać: filtr ten zatrzymuje część światła do nas docierającego. Jest to coś pomiędzy 1 a 1,5EV. W praktyce oznacza to, że zamiast 1/200 będziey mieli 1/80s. W kiepskim oświetleniu nie ułatwia zatem pracy.

Jeszcze jedna rzecz: najlepiej sprawuje się, gdy Słońce pada pod kątem 90° względem fotografowanej sceny. Gdy jest na wprost przed lub za nami wiele nie pomoże. Ponownie będzie to przeszkadzało, gdy mamy obiektyw np. “pejzażowy” 24mm (w ekwiwalencie) nie mówiąc już o wszelkich rybich oczach.

Uff, mam nadzieję, że to wyczerpało temat przynajmniej na początki przygód z polaryzowaniem.

Druga refleksja na dziś tyczy się kitowego obiektywu Sony (Sony DT 18-70mm 1:3.5-5.6). Podczas ostatniego wyjazdu miałem okazję przetestować go nieco i pomęczyć. Efekty były gorsze niż się spodziewałem. Obiektyw ten aberruje i nie da sie tego ukryć. Widać to amatorskim okiem w amatorskich próbach wykonywanych z nudów. Zwolennicy i wielbiciele systemu niech mówią co chcą, ale ja piszę tylko i wyłącznie o empirycznych dowodach, których nawet nie musiałem nigdzie wyczytywać tylko wziąłem do ręki. Aha, porównywałem z równie plastikowym kitem Olympusa (uwielbiam dolewać oliwy do ognia).

Jednym zdaniem: chiński obiektywik Sony’ego ssie, a zainteresowanym mogę to pokazać ręcznie.

A propos Chin to spływają mi z dysku kolejne zdjęcia:

A floating house in Hong Kong

Komentarze (0) Kategorie:  fotografia

July 1, 2008

Nowy Nikon

Nikon D700 W trakcie przygotowań do podróży zaskoczyła mnie informacja o nowym Nikonie (za dpreview.com, zdjęcie obok). Robi się coraz ciekawiej i ceny profesjonalnego sprzętu są coraz bardziej przystępne. Świetnie, że ta część rynku się powiększa i rośnie konkurencja. Być może wreszcie prymat Canona zacznie się kurczyć (btw ilu Nikonowców naliczyliście podczas finału Mistrzostw Europy? Ja tylko jednego z D3) co w sumie dla konsumentów jak najlepiej. Tym bardziej, że pełnoklatkowe Canony z technicznego punktu widzenia wcale cudowne nie są (vide recenzja Marka III w czerwcowym Foto Kurierze). Ciekawe czym wreszcie Sony zaskoczy w tym segmencie.

zdjecie101.jpgWracając do moich chińskich przygotowań to mam już:

  1. Olympus E-410 (jechać musi koniecznie - wreszcie odwiedzi ojczysty kraj!).
  2. Praktica MTL3.
  3. Zenit E.

Praktica MTL3 with Carl Zeiss' Flektogon 4/20 - awesome. No i zestaw obiektywów: dwa kity Olka, dwa manuale na M42, o których pisałem wcześniej, i gwóźdź programu - Flektogon 4/20 (Carl Zeiss Jena DDR! - zdjęcie obok). Za udostępnienie Praktici i Flektogona dziękuję Mariuszowi Mrozowi. Jazda jeszcze po klisze i wszystko gotowe.

June 20, 2008

Czasy się zmieniają

fragment książki Benno Wundshammera, “Fotografia dla wszystkich”, Wydawnictwa artystyczne i filmowe, Warszawa 1989, str. 149-151.:

Ja sam, jak zdziczały fotograf, wysoko na ośle galopowałem w dół stromymi serpentynami do portu wyspy Santorin na Morzu Śródziemnym, fotografując jednocześnie sześcioma (!) aparatami fotograficznymi, które zwisały na szyi mniej lub bardziej stukając o siebie. Po co naraz sześć aparatów? Po to, aby w możliwie najkrótszym czasie zawrzeć na kasetach możliwie największy zestaw zdjęć migawkowych.

Można przyjąć, że trzy aparaty fotograficzne z trzema ogniskowymi są wyposażeniem dostatecznym, ale tylko w przypadku fotografowania na błonach fotograficznych tego samego rodzaju: czarno-białych lub barwnych. Kiedy zamierzamy równocześnie wykonywać zdjęcia czarno-białe i barwne - może dlatego, że pierwsze materiały dają się taniej obrabiać i powiększać a drugie przechowuje się dla wspaniałych i reprezentacyjnych zdjęć krajobrazowych - dwa razy po trzy aparaty z obiektywami o różnych ogniskowych nie są wybrykiem fotografa. Są one prawie oczywistą koniecznością.

Jadąc wówczas na ośle, na wąskich rzemykach zawiesiłem wspomniane sześć aparatów w ustalonym układzie. Na mojej bohaterskiej piersi spoczęły trzy aparaty Leica, wyposażone w obiektyw szerokokątny, normalny i średni teleobiektyw. Zwieszały się one ciasno jeden nad drugim w ściśle określonej hierarchicznej kolejności: najwyżej, na najkrótszym rzemyku aparat z obiektywem szerokokątnym, poniżej aparat z obiektywem normalnym, a najniżej trzecia Leica z teleobiektywem 135 mm. Wszystkie trzy aparaty były załadowane błonami czarno-białymi o tej samej czułości. Wszystkie trzy były wyposażone w osłony przeciwsłoneczne, a ich migawki nastawione na jednakowe warunki naświetlania - przysłona 1:8 i 1/500 s.

Pod lewym ramieniem zwisały jedna na drugiej, dwie lustrzanki Rolleiflex - jedna z obiektywem normalnym, a druga dwuobiektywowa lustrzanka Tele-Rolleiflex. Podczas galopu oba te aparaty przesuwały się niestety nieco względem siebie i czasami nawet mocno stukały. Jednak dobrze zamocowane w oprawach bagnetowych osłony przeciwsłoneczne oraz wkręcone słaby filtry czerwone były jak wmurowane, tak że nic się nie zgubiło i nie zgniotło. Osłony matówki celownika obu aparatów były otwarte i nastawione na przeziernikowy celownik ramkowy. Również jednakowo były nastawione przysłony na 1:5,6, a migawki centralne na 1/500s. Oba aparaty Rolleiflex były załadowane, jak łatwo się domyśleć, wysokoczułą barwną błoną negatywową.

W prawej dłoni, przykręcony do uchwytu, w gotowości, trzymałem czwarty aparat małoobrazkowy z długoogniskowym teleobiektywem. Był nim Zeiss-Ikon-Contarex z teleobiektywem 250 mm, jeden z najwspanialszych obiektywów, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Jego świetność i zdolność rozdzielcza są moim zdaniem przy tej ogniskowej niedoścignione. (…) Aparat Contarex był załadowany taką samą błoną fotograficzną, jaką załadowałem trzy, wiszące na szyi aparaty Leica.

Takie uszeregowanie aparatów wypróbowałem w ciągu długotrwałych doświadczeń i nigdy go nie zmieniałem, tak, że weszło mi ono w krew. Stosowanie jednakowych błon czarno-białych i barwnych oraz zsynchronizowane ustalenie przysłon i czasów migawek chroniło mnie przed obowiązkiem pamiętania i kontrolowania sześciu aparatów. W rzeczywistości musiałem rozważać jedynie dwie możliwości - fotografować na błonie czarno-białej, czy na barwnej. (…)

Oba aparaty średnioformatowe do zdjęć barwnych były zdejmowane tylko do wyjątkowo barwnych ujęć ogólnych i tematów wybranych. Wykonywanie zdjęć odbywało się dopiero po uprzednim zawieszeniu na ramieniu aparatu Contarex z teleobiektywem. Również ten ruch był prawie automatyczny. Jeśli jednak w dużej odległości pojawiły się ciekawe motywy dla dwieściepięćdziesiątki Contarexa, to oba Rolleiflexy wędrowały w stan spoczynku na lewe ramię, a obie moje dłonie zwalniały się do obsługi aparatu z teleobiektywem. To, że podczas jazdy na ośle aparaty Leica bębniły po mojej klatce piersiowej i ją masowały, nie przyniosło szkody ani mnie ani im.

Jeżeli z powątpiewaniem potrząsacie głową i z niepokojem zapytacie, czy się w tym wszystkim nie zaplątałem i przy tym nie spadłem z osła, to zgodnie z prawdą mogę zapewnić, że nie i że każdy to potrafi, kupując sześć odpowiednich aparatów i tak wytrwale wprawiając się w tym fotograficznym balecie, jak ja to uczyniłem. Oczywiście zakładając, że umie się jeździć wierzchem i potrafi uciskiem swych nóg kierować osłem. (…)

Ostatnia wskazówka. Jeżeli fotografuje się równocześnie kilkoma aparatami, to należy zawsze stosować zasadę przestawiania obiektywu po każdorazowym zdjęciu z powrotem w położenie nastawienia na nieskończoność. W ten sposób, chwytając ponownie za aparat, zawsze wiadomo w jakim położeniu nastawiony jest obiektyw i tym samym unika się zbędnych poszukiwań.

Komentarze (0) Kategorie:  fotografia