fragment książki Benno Wundshammera, “Fotografia dla wszystkich”, Wydawnictwa artystyczne i filmowe, Warszawa 1989, str. 149-151.:
Ja sam, jak zdziczały fotograf, wysoko na ośle galopowałem w dół stromymi serpentynami do portu wyspy Santorin na Morzu Śródziemnym, fotografując jednocześnie sześcioma (!) aparatami fotograficznymi, które zwisały na szyi mniej lub bardziej stukając o siebie. Po co naraz sześć aparatów? Po to, aby w możliwie najkrótszym czasie zawrzeć na kasetach możliwie największy zestaw zdjęć migawkowych.
Można przyjąć, że trzy aparaty fotograficzne z trzema ogniskowymi są wyposażeniem dostatecznym, ale tylko w przypadku fotografowania na błonach fotograficznych tego samego rodzaju: czarno-białych lub barwnych. Kiedy zamierzamy równocześnie wykonywać zdjęcia czarno-białe i barwne - może dlatego, że pierwsze materiały dają się taniej obrabiać i powiększać a drugie przechowuje się dla wspaniałych i reprezentacyjnych zdjęć krajobrazowych - dwa razy po trzy aparaty z obiektywami o różnych ogniskowych nie są wybrykiem fotografa. Są one prawie oczywistą koniecznością.
Jadąc wówczas na ośle, na wąskich rzemykach zawiesiłem wspomniane sześć aparatów w ustalonym układzie. Na mojej bohaterskiej piersi spoczęły trzy aparaty Leica, wyposażone w obiektyw szerokokątny, normalny i średni teleobiektyw. Zwieszały się one ciasno jeden nad drugim w ściśle określonej hierarchicznej kolejności: najwyżej, na najkrótszym rzemyku aparat z obiektywem szerokokątnym, poniżej aparat z obiektywem normalnym, a najniżej trzecia Leica z teleobiektywem 135 mm. Wszystkie trzy aparaty były załadowane błonami czarno-białymi o tej samej czułości. Wszystkie trzy były wyposażone w osłony przeciwsłoneczne, a ich migawki nastawione na jednakowe warunki naświetlania - przysłona 1:8 i 1/500 s.
Pod lewym ramieniem zwisały jedna na drugiej, dwie lustrzanki Rolleiflex - jedna z obiektywem normalnym, a druga dwuobiektywowa lustrzanka Tele-Rolleiflex. Podczas galopu oba te aparaty przesuwały się niestety nieco względem siebie i czasami nawet mocno stukały. Jednak dobrze zamocowane w oprawach bagnetowych osłony przeciwsłoneczne oraz wkręcone słaby filtry czerwone były jak wmurowane, tak że nic się nie zgubiło i nie zgniotło. Osłony matówki celownika obu aparatów były otwarte i nastawione na przeziernikowy celownik ramkowy. Również jednakowo były nastawione przysłony na 1:5,6, a migawki centralne na 1/500s. Oba aparaty Rolleiflex były załadowane, jak łatwo się domyśleć, wysokoczułą barwną błoną negatywową.
W prawej dłoni, przykręcony do uchwytu, w gotowości, trzymałem czwarty aparat małoobrazkowy z długoogniskowym teleobiektywem. Był nim Zeiss-Ikon-Contarex z teleobiektywem 250 mm, jeden z najwspanialszych obiektywów, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Jego świetność i zdolność rozdzielcza są moim zdaniem przy tej ogniskowej niedoścignione. (…) Aparat Contarex był załadowany taką samą błoną fotograficzną, jaką załadowałem trzy, wiszące na szyi aparaty Leica.
Takie uszeregowanie aparatów wypróbowałem w ciągu długotrwałych doświadczeń i nigdy go nie zmieniałem, tak, że weszło mi ono w krew. Stosowanie jednakowych błon czarno-białych i barwnych oraz zsynchronizowane ustalenie przysłon i czasów migawek chroniło mnie przed obowiązkiem pamiętania i kontrolowania sześciu aparatów. W rzeczywistości musiałem rozważać jedynie dwie możliwości - fotografować na błonie czarno-białej, czy na barwnej. (…)
Oba aparaty średnioformatowe do zdjęć barwnych były zdejmowane tylko do wyjątkowo barwnych ujęć ogólnych i tematów wybranych. Wykonywanie zdjęć odbywało się dopiero po uprzednim zawieszeniu na ramieniu aparatu Contarex z teleobiektywem. Również ten ruch był prawie automatyczny. Jeśli jednak w dużej odległości pojawiły się ciekawe motywy dla dwieściepięćdziesiątki Contarexa, to oba Rolleiflexy wędrowały w stan spoczynku na lewe ramię, a obie moje dłonie zwalniały się do obsługi aparatu z teleobiektywem. To, że podczas jazdy na ośle aparaty Leica bębniły po mojej klatce piersiowej i ją masowały, nie przyniosło szkody ani mnie ani im.
Jeżeli z powątpiewaniem potrząsacie głową i z niepokojem zapytacie, czy się w tym wszystkim nie zaplątałem i przy tym nie spadłem z osła, to zgodnie z prawdą mogę zapewnić, że nie i że każdy to potrafi, kupując sześć odpowiednich aparatów i tak wytrwale wprawiając się w tym fotograficznym balecie, jak ja to uczyniłem. Oczywiście zakładając, że umie się jeździć wierzchem i potrafi uciskiem swych nóg kierować osłem. (…)
Ostatnia wskazówka. Jeżeli fotografuje się równocześnie kilkoma aparatami, to należy zawsze stosować zasadę przestawiania obiektywu po każdorazowym zdjęciu z powrotem w położenie nastawienia na nieskończoność. W ten sposób, chwytając ponownie za aparat, zawsze wiadomo w jakim położeniu nastawiony jest obiektyw i tym samym unika się zbędnych poszukiwań.