June 30, 2008

Parę słów dla poprawienia ludziom humoru

Już za dni parę zobaczę: Paryż, Hong Kong i Macau. A Wy generalnie NIE! Nie zamieszczę nawet żadnego zdjęcia ilustrującego tę przechwałkę, bo przecież i tak niedługo będzie ich mnóstwo (i to z drugiego końca świata!).

No i następnym razem obiecuję bardziej merytorycznie.

June 20, 2008

Parę słów o kitach

Wiecznie płonąca dyskusja o obiektywach kitowych jest i dla mnie okazją by dolać nieco oliwy do tego ognia. Zamiast jednak wykazywać się osobistymi refleksjami i doświadczeniami (których jest wszędzie pełno) pragnę zestawić nieco empirycznych dowodów za dpreview.com.

Otóż ów londyński serwis przetestował pięć kitowych obiektywów na wskroś w warunkach laboratoryjnych. Aby nie zanudzać zestawieniami i nieudolnymi tłumaczeniami przedstawię tylko krótką tabelkę z wynikami.

Testowane obiektywy to:

tabela_.jpg

Moją uwagę przykuła szczególnie rubryka “Jakość obrazu”. Wnioski każdy i tak wysunie swoje, a wojnie (jak znam rzeczywistość) nie będzie końca. Jakby ktoś mnie pytał to moja opinia o tych obiektywach jest jak w powyższej tabeli, bo ja lubię takie empiryczne poznanie. Zachęcam przy okazji wszelkich ekshibicjonistów sprzętowych do lektury dpreview.com. I tyle.

Komentarze (9) Kategorie:  życie

Czasy się zmieniają

fragment książki Benno Wundshammera, “Fotografia dla wszystkich”, Wydawnictwa artystyczne i filmowe, Warszawa 1989, str. 149-151.:

Ja sam, jak zdziczały fotograf, wysoko na ośle galopowałem w dół stromymi serpentynami do portu wyspy Santorin na Morzu Śródziemnym, fotografując jednocześnie sześcioma (!) aparatami fotograficznymi, które zwisały na szyi mniej lub bardziej stukając o siebie. Po co naraz sześć aparatów? Po to, aby w możliwie najkrótszym czasie zawrzeć na kasetach możliwie największy zestaw zdjęć migawkowych.

Można przyjąć, że trzy aparaty fotograficzne z trzema ogniskowymi są wyposażeniem dostatecznym, ale tylko w przypadku fotografowania na błonach fotograficznych tego samego rodzaju: czarno-białych lub barwnych. Kiedy zamierzamy równocześnie wykonywać zdjęcia czarno-białe i barwne - może dlatego, że pierwsze materiały dają się taniej obrabiać i powiększać a drugie przechowuje się dla wspaniałych i reprezentacyjnych zdjęć krajobrazowych - dwa razy po trzy aparaty z obiektywami o różnych ogniskowych nie są wybrykiem fotografa. Są one prawie oczywistą koniecznością.

Jadąc wówczas na ośle, na wąskich rzemykach zawiesiłem wspomniane sześć aparatów w ustalonym układzie. Na mojej bohaterskiej piersi spoczęły trzy aparaty Leica, wyposażone w obiektyw szerokokątny, normalny i średni teleobiektyw. Zwieszały się one ciasno jeden nad drugim w ściśle określonej hierarchicznej kolejności: najwyżej, na najkrótszym rzemyku aparat z obiektywem szerokokątnym, poniżej aparat z obiektywem normalnym, a najniżej trzecia Leica z teleobiektywem 135 mm. Wszystkie trzy aparaty były załadowane błonami czarno-białymi o tej samej czułości. Wszystkie trzy były wyposażone w osłony przeciwsłoneczne, a ich migawki nastawione na jednakowe warunki naświetlania - przysłona 1:8 i 1/500 s.

Pod lewym ramieniem zwisały jedna na drugiej, dwie lustrzanki Rolleiflex - jedna z obiektywem normalnym, a druga dwuobiektywowa lustrzanka Tele-Rolleiflex. Podczas galopu oba te aparaty przesuwały się niestety nieco względem siebie i czasami nawet mocno stukały. Jednak dobrze zamocowane w oprawach bagnetowych osłony przeciwsłoneczne oraz wkręcone słaby filtry czerwone były jak wmurowane, tak że nic się nie zgubiło i nie zgniotło. Osłony matówki celownika obu aparatów były otwarte i nastawione na przeziernikowy celownik ramkowy. Również jednakowo były nastawione przysłony na 1:5,6, a migawki centralne na 1/500s. Oba aparaty Rolleiflex były załadowane, jak łatwo się domyśleć, wysokoczułą barwną błoną negatywową.

W prawej dłoni, przykręcony do uchwytu, w gotowości, trzymałem czwarty aparat małoobrazkowy z długoogniskowym teleobiektywem. Był nim Zeiss-Ikon-Contarex z teleobiektywem 250 mm, jeden z najwspanialszych obiektywów, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Jego świetność i zdolność rozdzielcza są moim zdaniem przy tej ogniskowej niedoścignione. (…) Aparat Contarex był załadowany taką samą błoną fotograficzną, jaką załadowałem trzy, wiszące na szyi aparaty Leica.

Takie uszeregowanie aparatów wypróbowałem w ciągu długotrwałych doświadczeń i nigdy go nie zmieniałem, tak, że weszło mi ono w krew. Stosowanie jednakowych błon czarno-białych i barwnych oraz zsynchronizowane ustalenie przysłon i czasów migawek chroniło mnie przed obowiązkiem pamiętania i kontrolowania sześciu aparatów. W rzeczywistości musiałem rozważać jedynie dwie możliwości - fotografować na błonie czarno-białej, czy na barwnej. (…)

Oba aparaty średnioformatowe do zdjęć barwnych były zdejmowane tylko do wyjątkowo barwnych ujęć ogólnych i tematów wybranych. Wykonywanie zdjęć odbywało się dopiero po uprzednim zawieszeniu na ramieniu aparatu Contarex z teleobiektywem. Również ten ruch był prawie automatyczny. Jeśli jednak w dużej odległości pojawiły się ciekawe motywy dla dwieściepięćdziesiątki Contarexa, to oba Rolleiflexy wędrowały w stan spoczynku na lewe ramię, a obie moje dłonie zwalniały się do obsługi aparatu z teleobiektywem. To, że podczas jazdy na ośle aparaty Leica bębniły po mojej klatce piersiowej i ją masowały, nie przyniosło szkody ani mnie ani im.

Jeżeli z powątpiewaniem potrząsacie głową i z niepokojem zapytacie, czy się w tym wszystkim nie zaplątałem i przy tym nie spadłem z osła, to zgodnie z prawdą mogę zapewnić, że nie i że każdy to potrafi, kupując sześć odpowiednich aparatów i tak wytrwale wprawiając się w tym fotograficznym balecie, jak ja to uczyniłem. Oczywiście zakładając, że umie się jeździć wierzchem i potrafi uciskiem swych nóg kierować osłem. (…)

Ostatnia wskazówka. Jeżeli fotografuje się równocześnie kilkoma aparatami, to należy zawsze stosować zasadę przestawiania obiektywu po każdorazowym zdjęciu z powrotem w położenie nastawienia na nieskończoność. W ten sposób, chwytając ponownie za aparat, zawsze wiadomo w jakim położeniu nastawiony jest obiektyw i tym samym unika się zbędnych poszukiwań.

Komentarze (0) Kategorie:  fotografia

June 10, 2008

Rysowanie światłem

Painting with light IRysowanie światłem to całkiem świetna i śmieszna zabawa. Przepis prosty: statyw i długi czas naświetlania. A wyjść mogą cuda na kiju!

Jak to zrobić? ISO najniższe, przesłona najlepiej o jedną działkę mniej niż najmniejsza (w przypadku większości kitów to 16 zamiast 22 - kolejna zasada starych fotografów - unika się zmniejszenia rozdzielczości rzeczywistej zdjęcia) i jazda przed obiektyw z czymś co świeci. Ja wziąłem lampę zewnętrzną. Trzeba przy tym uważać, żeby nie zostać za długo w jednym miejscu, aby się nie zarejestrować (lub wręcz przeciwnie jak na powyższym zdjęciu).

Painting with light II Stwarza to też ciekawe możliwości z ustawianiem martwej natury (obok). Np. można rozświetlić krzesło od środka czy przestrzeń pomiędzy deskami a ścianą. Kolejne wiadro możliwości, na które wystarczy tylko odrobina czasu.

Ech, niestety kwestia czysto techniczna teraz. Matryce cyfrowe mają tą nieciekawą właściwość, że przy dłuższej rejestracji światła strasznie się grzeją. Znaczy to po prostu, że wyskakują gorące piksele w postaci kropeczek (nie mylić z szumem). Jaka na to rada? Olympus wynalazł coś co nie wiem jak nazwać, ale sprawdza się. Mianowicie po zrobieniu właściwego zdjęcia aparat wykonuje drugie przy zamkniętej migawce. Trwa to długo, ale efektem jest zdjęcie z odjętymi świecącymi pikselami z drugiego zdjęcia. Tak, zapomniałem włączyć tą funkcje, ale tylko dlatego, że nie było tych gupich kropeczek widać na wyświetlaczu! Można też oczywiście gimpować potem długo albo po prostu kupić aparat o większej matrycy (APS-C i wyżej).

Podsumowując polecam Owińska pod Poznaniem na niedzielny plener w piekelnym upale.

Komentarze (0) Kategorie:  fotografia