Canon EOS 30
August 20th, 2008Właśnie z miasta świętej wierzy przyszła do mnie przesyłka, a w niej Canon EOS 30 z gripem i obiektywem 28-80 f/3,5-5,6. Jeszcze kilka lekcji obsługi i włożę mu może Superię 100/24. Nie ma to jak dobry EOS…
Właśnie z miasta świętej wierzy przyszła do mnie przesyłka, a w niej Canon EOS 30 z gripem i obiektywem 28-80 f/3,5-5,6. Jeszcze kilka lekcji obsługi i włożę mu może Superię 100/24. Nie ma to jak dobry EOS…
Kiedy myślisz, że PKP już niczym zaskoczyć cię nie może, wtedy okazuje się, że pociągi mogą jechać wolniej, a pojęcie “12 godzin opóźnienia” funkcjonuje nadal w czasach, gdy w takim tempie leci się do Hong Kongu (podirytowana twarz korporacyjnego pracownika na urlopie po prawej stronie). To były przykre sprawy. Poza tym było pięknie, bo było
dobre towarzystwo, słoneczna pogoda i parę ciekawych pomysłów, o których będziemy wnukom opowiadać.
Dwie prawdy na dziś:
Gdy mija 30-godzinna podróż podczas której widziałeś już wiele to wtedy o swoim istnieniu przypominają wszechobecni studenci (po prawej).Zdjęcie w nagłówku by king.pest.
Go to Hel!
Późną, nocną porą właśnie własnoręcznie wywołałem pierwszą wielkoformatową kliszę (nie mówiąc o tym, że jest to pierwsza klisza własnoręcznie wymieszana na własnej chemii w toalecie). Wszystko zrobiłem na totalnego ninję - mając jedynie niepewny koreks i ledwo rozrobioną chemię w butelkach. Okazuje się, że nie trzeba mieć ani termometru, ani lejków żadnych, ani nie trzeba się zbyt precyzyjnie trzymać czasów.
Do procesu użyłem:
Tak wywołana klisza nadaje się do spożycia po odpowiednim wyschnięciu. Widać na niej obrazy i to całkiem dobrze naświetlone. Niestety przepaliłem ją przy niektórych brzegach zapewne za sprawą komórki, którą mierzyłem czas. Kilka klatek jest zupełnie dobrych, niestety na efekty trzeba będzie poczekać do chwili znalezienia odpowiedniego skanera lub wykonania odbitek (czyli znalezienia powiększalnika i wywoływacza do papieru). Zabawa godna polecenia.
Aby nie obyło się bez fotografii to ujęcie z ostatniego spaceru z czterema aparatami po Poznaniu:
Obracanie całą torbą analogowych aparatów sprawia, że w głowie układa się tabliczka przeliczająca zastaną ekspozycję na rozmaite liczby. W tym momencie okazuje się dopiero ile matematyki jest w fotografii.
Na ten przykład mam ze sobą trzy aparaty analogowe z materiałami o czułościach 100, 200 i 400. Czy konieczny jest pomiar światła dla każdego z nich? Jak sprawdzić czy ISO 100, f 5,6 i 1/250 s to jest to samo co na ISO 400, f 2,8 i 1/4000 s?
Systematyzując takie pojęcia trzeba zdać sobie sprawę, że kluczowe jest poznanie kolejnych przysłon, czasów jak i czułości, a co się z tym wiąże - ilości zarejestrowanego światła.
Kolejne przysłony jakie się zatem używa to: 1,4; 2; 2,8; 4; 5,6; 8; 11; 16; 22; 32; 45; 64 (czyli co druga razy dwa).
Kolejne czasu to już prościej, bo mnożymy lub dzielimy przez 2, czyli np: 1/1000; 1/500; 1/250; 1/125; 1/60; 1/30; 1/15; 1/8; 1/4 itd…
No i na koniec najprostsze, czyli czułości materiału światłoczułego: 100, 200, 400, 800 etc.
W każdym wypadku przesunięcie się na sąsiednią liczbę daje dwukrotne zwiększenie (lub zmniejszenie) ilości wpadającego światła. Rachunek ten jest prosty dla przykładu, gdy mamy np. ISO 100 i chcemy zmniejszyć przysłonę z 5,6 na 8. Wystarczy wydłużyć czas o jeden krok i sprawa załatwiona.
Przykład: ISO 100, f 5,6, 1/125s = ISO 100, f 8, 1/60s (zmniejszenie ilości światła spowodowane zamknięciem przysłony jest zrekompensowane dwukrotnym wydłużeniem czasu naświetlania).
Przypomina to prosty układ równań dwóch niewiadomych. Problem jest większy, gdy jednocześnie przeskakujemy jeszcze z czułością, bo mamy dwa równania i trzy niewiadome.
Przykład skrajny: ISO 50, f 1,4, 1/1000s = ISO 1600, f 16, 1/250s.
Proponowałbym zbudować tu macierz. Jeśli do tak banalnego układu dodamy jeszcze konieczność pamiętania, by się nie pomylić i nie przesuwać w drugą stronę to już dopełni dzieła zniszczenia. Sam się ostatnio pomyliłem i przeliczyłem ISO 400, f 8 i 1/500 na ISO 200, f 5,6 i 1/250 (czyli popełniłem błąd o 1EV).
W praktyce czasem się to przydaje rzeczywiście już tylko w fotografii analogowej (która jakby co jest dość tolerancyjna na błędy w naświetlaniu). Myślę, że warto jednak znać te zależności. Z matrycami cyfrowymi jest już gorzej. Dobrze jest pamiętać (i to jedyna praktyczna porada na dziś dla amatorów fotografii cyfrowej), że matryca o wiele więcej rejestruje w cieniach niż w światłach. Jeśli zatem nie mamy pewności co do pomiaru ekspozycji wykonanej przez nasz aparat, a zależy nam na danym zdjęciu, to lepiej je czasem zrobić z kompensacją np. -1EV (lub użyć bracketingu). Z cieni coś zawsze się wyciągnie, a w miejscach prześwietlonych szybko powstają białe plamy bez jakichkolwiek zarejestrowanych szczegółów.
A dla rozluźnienia atmosfery pocztówka. Żeby było śmieszniej to nie dość, że kolega utopił trzymany w spodenkach telefon to Canon A1 z 80-200, którego ma w rękach nie załapał filmu i wcale go nie przewijał (cóż za nieoczekiwana oszczędność materiału!):
Obcowanie z dinozaurami fotografii ma swoje mocne strony - można dostać w ręce takie cudeńka jak Start 66 S. Obiektyw 75/3,5, 6 czasów otwarcia migawki, trzy pokrętła, komin z lupką, spust migawki i kompletny brak jakiegokolwiek pomiaru światła. Czyli prawie jak Mamiya…
A Fomapan 200/120 już w drodze…
Przy okazji, jeśli ktoś z branży ma ochotę na Rubinara 1000, którego kiedyś opisywałem to zapraszam do aukcji.

Foto by Krzysztof Mochocki
Istnienie różnych trybów pracy autofocusa nie jest zapewne dla nikogo tajemnicą. Wyróżniamy zatem trzy podstawowe:
Dodatkowo w różnych systemach występują kombinacje łączące działanie tych trybów i na tym właśnie postanowiłem się dzisiaj skupić.
Pierwszym ważnym dodatkiem jaki otrzymujemy jest przycisk AFL (autofocus lock). Pozwala on na zablokowanie autofocusa w pozycji przez nas porządanej. Kolejnymi ważnymi są kombinacje takie jak S-AF+MF lub C-AF+MF. Brzmią i wyglądają skomplikowanie, ale stworzone są po to, aby ich używać i warto się zapoznać z ich działaniem, bo mogą ułatwić życie. Pozwalają na użycie systemu AF, ale pozostawiają też aktywny pierścień ręcznego ostrzenia.
Dzisiejszym poligonem działań z autofocusem był staw z kaczkami w Parku Sołackim. Aby uzyskać ujęcie takie jak obok, czyli bezpośrednio niemalże z powierzchni wody są co najmniej dwie drogi: możemy ostrzyć z użyciem AF i potem przełączać na MF (ergonomicznie np. w moim Olympusie 410 kiepskie wyjście), żeby móc potem aparat obniżyć do poziomu wody lub użyć bardzo ciekawej kombinacji (uwaga, informacje ciężkie i związane stricte z systemem Olympusa)…
Po pierwsze włączamy aparat na MF (na manualu po połowicznym przyciśnięciu spustu migawki nie uruchamia się AF), a następnie zaprogramować tak przycisk AEL/AFL, aby uruchamiał on działanie AF. Po co to wszystko? Ano po to, by móc najpierw “z oka” wycelować i wyostrzyć na kaczkę, a następnie spokojnie opuścić aparat jak najniżej i swobodnie zrobić fotę bez obawy utraty ostrości. Można to oczywiście załatwić jeszcze przyciskiem AFL, ale wtedy w trakcie działania musimy wciskać (dla Poznaniaków: dusić) jakąś rzecz na aparacie.
Tyle technicznych spraw na dzisiaj, pora przejść na luźniejsze tematy. Na spacerze w stronę Jeziora Rusałka byłem z Łosiem. Łoś znajduje się na zdjęciu po prawej stronie. Przyjechał on do mnie ze Szwecji przez Warszawę, gdzie odebrałem go lecąc z Hong Kongu przez Paryż.
Miałem dziś również niesłychaną okazję przejść przez pół Poznania piechotą. Że było warto i że wszędzie jest pięknie przekonałem się już czytając ogłoszenie pod Żabką:
W tym wypadku może jednak dodam: nie tyle pięknie co egzotycznie (zatem wcale nie trzeba latać po całym świecie). Przejszłem zatem kawał drogi, szybko stwierdziłem też, że nie naładowałem akumulatora, ale na szczęście parę ujęć jeszcze strzeliłem:
A kto jeszcze czasem nie dostrzega piękna otaczającego nas świata to polecam na wieczór (jak i poranek) rzucić okiem na TO.
Przychodzi taki czas w życiu każdego człowieka, że gdy właśnie rozpoczyna się cudowny dzień to przychodzi gościu z elektrowni i odcina prąd (tutaj dosłownie: zabiera licznik). Bez prądu oczywiście żyć można, ale po zapłaceniu zaległych rachunków jest już ciężko (i wtedy odczuwa się ciężkość - dość często zauważane zjawisko w niektórych środowiskach).
Aby tak o niczym nie było to zapraszam do zerkania na kolejne chińskie zdjęcia, których miniaturki pojawiają się obok…
Należałoby skończyć tematy wakacyjne i wziąć się do roboty.
Po pierwsze parę słów o filtrze polaryzacyjnym (kiedyś troszkę o tym pisałem już). Nie owijając w bawełnę jego działanie polega na polaryzowaniu promieni świetlnych, czyli likwidacji odblasków, refleksów i różnych nieuporządkowanych fal świetlnych. Istnieją dwa rodzaje filtrów polaryzacyjnych: kołowy i liniowy. Z pewnych względów używa się obecnie prawie tylko kołowych.
Filtr taki jest zbudowany z dwóch obracających się względem siebie płytek szklanych (po wkręceniu na obiektyw obracamy tylko zewnętrznym pierścieniem filtra). W zależności od ułożenia ich względem siebie i naszej pozycji do źródła światła zmienia się stopień polaryzacji światła wpadającego w obiektyw. I to zjawisko ma właśnie kluczowe znaczenie dla niektórych obiektywów kitowych (Canon, Nikon i Sony). Podczas ostrzenia obiektywy te poruszają frontową soczewką obiektywu co utrudnia pracę z takim filtrem. Problemu takiego nie mają Olympus i Pentax - ten ostatni nawet pomyślał o tulipanie z otworem na uchwyt do filtra w swoim kitowym obiektywie. Nie krzyczę, że konstrukcja wymienionych trzech szkieł uniemożliwia pracę z filtrem polaryzacyjnym, ale na pewno jej nie ułatwia.
Oprócz efektów takich jak likwidacji refleksów i odbłysków co wiąże się z wysyceniem kolorów, brakiem odbicia świateł na powierzchni wody, przejrzystością witryn sklepowych filtr ten też “wyłącza” monitory LCD czy tablicę świetlną na nowym terminalu Okęcia:

Ogrom przykładów działania filtra polaryzacyjnego można znaleźć w necie albo najlepiej samemu sie przekonać. Podsumowując jest to świetne akcesorium dla pejzażystów, i fotografów przyrody. Przydaje się przy fotografowaniu witryn sklepowych i pewnie jeszcze garści innych zastosowań.
Ważna rzecz, o której powinniśmy pamiętać: filtr ten zatrzymuje część światła do nas docierającego. Jest to coś pomiędzy 1 a 1,5EV. W praktyce oznacza to, że zamiast 1/200 będziey mieli 1/80s. W kiepskim oświetleniu nie ułatwia zatem pracy.
Jeszcze jedna rzecz: najlepiej sprawuje się, gdy Słońce pada pod kątem 90° względem fotografowanej sceny. Gdy jest na wprost przed lub za nami wiele nie pomoże. Ponownie będzie to przeszkadzało, gdy mamy obiektyw np. “pejzażowy” 24mm (w ekwiwalencie) nie mówiąc już o wszelkich rybich oczach.
Uff, mam nadzieję, że to wyczerpało temat przynajmniej na początki przygód z polaryzowaniem.
Druga refleksja na dziś tyczy się kitowego obiektywu Sony (Sony DT 18-70mm 1:3.5-5.6). Podczas ostatniego wyjazdu miałem okazję przetestować go nieco i pomęczyć. Efekty były gorsze niż się spodziewałem. Obiektyw ten aberruje i nie da sie tego ukryć. Widać to amatorskim okiem w amatorskich próbach wykonywanych z nudów. Zwolennicy i wielbiciele systemu niech mówią co chcą, ale ja piszę tylko i wyłącznie o empirycznych dowodach, których nawet nie musiałem nigdzie wyczytywać tylko wziąłem do ręki. Aha, porównywałem z równie plastikowym kitem Olympusa (uwielbiam dolewać oliwy do ognia).
Jednym zdaniem: chiński obiektywik Sony’ego ssie, a zainteresowanym mogę to pokazać ręcznie.
A propos Chin to spływają mi z dysku kolejne zdjęcia: