Okazję jaka mi się nasunęła kilka dni temu, wykorzystałem dość dokładnie. Szybko zrobiłem rolkę filmu, zeskanowałem, przejrzałem zdjęcia no i oczywiście empirycznie zapoznałem się z jednym z wielkich EOSów.

Postęp jaki dokonał się od ery Starta, Zenita E czy Praktici MTL3 widoczny jest gołym okiem. Nie trzeba już zakładać ręcznie filmu i bać się, że nie załapał. Canon sam chwyta rolkę i przesuwa do odpowiedniego momentu tak, że już pierwsze zdjęcie będzie na 100% udane. W 30tce wsadzono już większość rzeczy znanych z dzisiejszych cyfrówek: trzy rodzaje pomiaru światła, operowanie kompensacją ekspozycji, autofocus.
Pierwsza refleksja jest prosta i bezczelna: słaby autofocus. Możemy narzekać i mierzyć prędkości dzisiejszych autofocusów, ale jak spróbowałem tego z EOSa 30 to doceniłem swojego Olympusa 410. Nie wiem czy to kwestia postępu technicznego ostatnich lat, ale AF w Olku jest o wiele pewniejszy i dokładniejszy. Canon szybko gubi się w słabym świetle, wydaje mi się, że dość długo też celuje. A propos: bardzo ciekawa jest funkcja eye-control. Pozwala ona sterować wyborem pól AF wzrokiem. Po jej odpowiednim skalibrowaniu można ostrzyć tam gdzie spojrzymy. Rzeczywiście to działa i naprawdę aparat ostrzy w zależności od tego, na który z 7 punktów AF spojrzymy. Czy jest to wygodne? W dzisiejszych aparatch tego nie ma i w sumie się nie dziwię. Funkcja sprawia problemy w
tedy, gdy chciałem po wyostrzeniu sprawdzić parametry ekspozycji wyświetlane pod kadrem. AF automatycznie wariuje i zaczyna szukać ostrości w innych punktach. Efektem tego wyszło mi dość ciekawe zdjęcie po prawej. Być może jest to tylko kwestia przyzwyczajenia i jest to o wiele szybsze niż klikanie dżojstykami i innymi takimi w dzisiejszych lustrzankach. Dla mnie to gadżet bez którego można się obejść.
Co z obiektywem z zestawu (28-80 mm f/3,5-5,6)? Standardowy kit dał w tym przypadku standardowe efekty (zdjęcie po lewej). Jak zwykle dystorsje (w tym przypadku łatwo widoczna beczkowata) i do tego niewielka winieta. Nie zmienia to faktu, że jednak jest wiele obiektywów na rynku, które bez problemu nadrobią braki tego kitu. W końcu to pełna klatka i tutaj tania canonowska pięćdziesiątka jest rzeczywiście pięćdziesiątką, a nie 80tką. No i zawsze można kupić pierścień pośredni i dołożyć różne stare manuale.
Na to wszystko jeszcze dochodzi urok zdjęć z kliszy. Wyczekane, przemyślane, o zupełnie innej geometrii, głębi ostrości i kolorach. Niby Canon EOS 30 robi to samo co stary Zenit E, ale jednak wszystkie technologie i różnicę kilku dekad widać. Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałbym, że otrzymam takie wsparcie ze strony aparatu podczas robienia zdjęć na kliszy. Dzisiaj ciężko pomyśleć, że komuś w ogóle chce się w ten sposób pracować. A czasem dobrze po prostu wrócić do jednego z wielkich gigantów ery analogowej i strzelić rolkę filmu…